Zgodnie z prawem każda kolonia czy obóz powinna zostać zarejestrowana w kuratorium. - Taka rejestracja poprzedzona sprawdzeniem programu, stanu kadry i kwalifikacji opiekunów, a potem zatwierdzeniem karty kwalifikacyjnej obiektu jest podstawowym wyznacznikiem tego, czy kolonistom zapewniono minimum bezpieczeństwa - wyjaśnia Beata Wolak z gdańskiego kuratorium oświaty.
Problem w tym, że tego minimum bezpieczeństwa organizatorzy wyjazdów dzieciom nie zapewniają. Co więcej, do opieki nad młodzieżą wysyłają ludzi zupełnie nieprzygotowanych. Opiekunem może być dziś bowiem każdy, kto ukończył kurs wychowawcy kolonijnego. Trwa on zaledwie 36 godzin, a szkolenie sprowadza się do nauki zabaw i gier dla najmłodszych. O tym, jak postępować w momentach zagrożeń, mówi się bardzo rzadko.
Największym problemem nie są jednak wcale wychowawcy, ale rodzice, którzy wypuszczają dzieci na wakacje bez sprawdzenia tego, czy organizatorzy mają do tego jakiekolwiek uprawnienia. A często nie mają. Plagą są wyjazdy urządzane przez nauczycieli, którzy reklamują te imprezy jako organizowane przez szkołę, ale nie informują o nich nawet swoich dyrektorów.
Powód jest prosty. Rozporządzenie ministra edukacji sprzed 10 lat zezwala szkołom (podobnie jak stowarzyszeniom czy związkom wyznaniowym) na organizowanie dzieciom legalnego wypoczynku. Ale pod pewnymi warunkami: szkoły nie mogą czerpać z takich imprez zysków. Problem w tym, że nauczyciele zyski czerpią, i to całkiem spore. Najczęściej dogadują się między sobą, a wyjazdów w kuratorium nie zgłaszają.